sobota, 2 lutego 2019

#27 Sesja Carmen

Kilka godzin temu wróciłam z "sesji zdjęciowej". 
Przez godzinę łaziłam w kółko w dwóch miejscach z aparatem i dwiema figurkami, wściekając się na wszystko i wszystkich, ale głównie na samą siebie. Próbowałam robić zdjęcia z figurką w kałuży, z zachodem słońca w tle, ale nic mi nie wyszło. Chociaż z tą kałużą to się w sumie nie dziwię, bo za każdym razem sama sobie zasłaniałam światło i nie mogłam znaleźć odpowiedniej perspektywy (bo przecież nie będę się kładła na mokrym chodniku), więc po prostu postawiłam aparat, nie patrząc w wizjer, bo nie miałam jak i bezmyślnie naciskałam migawkę licząc na znośny efekt. Co za długie zdanie.
Tak bardziej pozytywnie - po ponad roku posiadania mojego aparatu nareszcie nauczyłam się ręcznie ustawiać ostrość. Długo mi to zajęło, chociaż jak tu się dziwić, kiedy do dzisiaj ani razu nie wzięłam instrukcji do ręki? Przez cały czas myślałam "po co mi to, nie jestem taka głupia, żeby nie umieć obsłużyć aparatu"... właśnie widać, jak się znam. I jeszcze się dziwiłam, że praktycznie nic nie umiem zrobić z tym aparatem. Aż mi wstyd za siebie.

W każdym razie dziś musicie się zadowolić wygrzebanymi z folderu zdjęciami sprzed roku, których z jakiegoś powodu nigdy wcześniej nie udostępniłam. Niektóre uważam za słabe i w sumie nadal mogłabym tych słabych nie pokazywać, ale trudno. Przecież na nich jest Carmen, a Carmen jest moim dzieckiem, chlubą mojej kolekcji i chyba najulubieńszą figurką.
Kilka zdjęć jest troszeczkę nieostrych, ale to dlatego, że wtedy używałam innego obiektywu niż zwykle, jakiegoś starocia od jakiegoś analogowego aparatu. Chciałam zobaczyć, jak to jest (właściwie to tata mi go wcisnął...) i jakoś mi się chyba nie spodobało. Nie wiem. Guzik wiem o fotografii, jak mam być szczera, może po prostu nie umiałam wykorzystać tego obiektywu... czy coś. Tutaj Carmen jeszcze nie ma na sobie naszyjnika, którym ją "oznaczyłam", bo robiłam te zdjęcia w lutym, a zestaw z tym naszyjnikiem dostałam w marcu na urodziny.










Chcę już wiosnę.
Nie wiem, jak przeżyję kolejny miesiąc zimy tak, żeby nie zwariować. Nie żeby coś, kocham zimę, ale po pewnym czasie ona po prostu męczy. Mogłaby być krótsza tak o miesiąc albo półtora.

Generalnie już nie odpowiadam na komentarze, bo mi się nie chce i właściwie często nawet nie umiem, ale chciałam tylko powiedzieć, że miło mi, iż kogoś cieszy mój... powrót? Można tak to nazwać?
I do miniCreaturesWorld... może to głupio brzmi, ale to chyba właśnie dzięki Twoim namowom. W sumie to aż ciekawe, jak jedno zdanie może zmotywować. xD

Do napisania... miejmy nadzieję, że w podobnym odstępie czasowym, co ostatnio.

piątek, 1 lutego 2019

#26 Moje figurki ze stycznia

Oh.
God.
Niech ktoś zablokuje mi dostęp do Allegro i OLX.
Proszę.
Błagam.
Możecie tylko eBaya zostawić, bo i tak nie mogę tam kupować i raczej się to nie zmieni w najbliższym czasie.
W sumie to chyba staje się tradycją. Już po raz drugi na samym początku roku kupiłam kilkanaście figurek naraz. I nie, to nie było planowane... tak jakoś wyszło. Chyba miałam za dużo kasy ze Świąt. Jeszcze tylko kilka figurek i już przestaję kupować na cały luty, obiecuję.
Na samym początku marca się obłowię, bo akurat wtedy mam urodziny. 
Albo i nie. Nie wiem.
;_;

Może zacznę wszystkie kupione figurki przedstawiać w postach podsumowujących każdy miesiąc, bo tak chyba będzie łatwiej. Miałam akurat napisać ten post wczoraj, żeby był jeszcze w styczniu, ale najpierw mi się nie chciało, a potem zapomniałam.
Właściwie powinnam teraz zamiast posta na blogu pisać scenariusz do filmiku na olimpiadę z angielskiego. Ale walić. Mam jeszcze tydzień na zrobienie tego filmiku, chyba jakoś dam radę. Inaczej nauczycielka mnie zabije, bo tylko dla niej to robię. Serio, gdyby nie jej zachęta, to w życiu bym nawet nie powiedziała, że spróbuję. Mówienie do kamery w obcym języku nieprzerwanie przez kilka minut jest dla mnie torturą.
Chwila, po co ja o tym piszę w ogóle?

Tym razem nie robiłam zdjęcia każdej figurce z osobna, bo w zasadzie nie mam co o nich napisać i nie ma sensu każdej przedstawiać osobno. Większość nawet nie ma imion, bo już dawno odechciało mi się każdej figurce nadawać imię, a co dopiero charakter. To znaczy, większość moich ulubionych ma jakieś charaktery i w ogóle, aż tak źle nie jest. Ale nie są one rozbudowane.

Zdjęcie grupowe, na którym guzik widać. I bardziej niż same figurki przyciąga uwagę łączenie dwóch kartek, które skleiłam kawałkiem zamknięcia od paczki chusteczek, bo nawet porządnej taśmy nie mam.
Tak to jest, jak się chce udawać profesjonalistę, wygląda to strasznie. :'>

Na pierwszy ogień idą trzy sowy. 
#NO, #404, #147.
Ta z lewej to Hedwiga, którą już powinniście znać, bo przedstawiłam ją w sesji zdjęciowej dwa posty temu. Nadal się nią jaram, marzyłam o niej ponad rok.
Ta w środku nie ma imienia i jest tak dziwnie przechylona, bo opiera się o swoje koleżanki. Sama z jakiegoś powodu nie jest w stanie ustać na żadnej powierzchni. Co ciekawe, jako jedna z nielicznych figurek z najstarszej serii ma błyszczące oczy, które wprowadzono na większą skalę od numeru... nie chce mi się sprawdzać, ale gdzieś koło #460.
Ta z prawej również nie ma imienia, kto by się spodziewał. Zastanawiałam się nad Zofią, ale to imię jest zbyt oklepane dla sowy i poza tym źle mi się kojarzy. Możecie pisać propozycje, chociaż i tak raczej się ich nie spodziewam.
W sumie to urocze, że u każdej sowy kokardka jest w pastelowym kolorze.

#946 i #304.
Obaj to chłopcy.
Ten z lewej na razie nie ma imienia, ale jest studentem jakiegoś mało znanego kierunku (ale jakiego, to już sama nie wiem) i pracuje w salonie piercingu i tatuażu.
Ten z prawej to Alan i nic mi o nim nie wiadomo, ale wygląda raczej na młodszego niż student.
Mam już 6 małp! Kocham stojące małpy, to zdecydowanie jeden z moich ulubionych kształtów.

Ku mojemu zaskoczeniu Alan nadal ma na sobie gumkę, którą był przymocowany do opakowania i nieźle się ona trzyma. Zdjęłabym ją, ale razem z nią może odejść farba, bo ta gumka ma jakieś 12 lat i mogła się przykleić do farby... czy coś. Zresztą nie wiem, ale po prostu wolę nie ryzykować.

#176, #239, #315, #1308.
Wszystkie to dziewczyny, trzy pierwsze były moimi marzeniami.
Panda nie ma imienia, ale pasuje mi do niej jakieś na M. Strasznie podobają mi się jej kolory.
Królik to Lillian. Wygląda mi na taką słodką, delikatną dziewczynę, kochającą naturę. Jej pasją jest ogrodnictwo, gdybym miała miejsce, to zrobiłabym jej jakiś ogród. Kocha przeglądać wszelkie katalogi sprzedaży wysyłkowej (ja też), zwłaszcza te z roślinami, chociaż nic z nich nie kupuje.
Konik morski to Sunset i JEST CHOLERNIE ŚLICZNA. Kocham jej kolor, jej cieniowanie (którego tu akurat nie widać...), jej błyszczące płetwy, jej kontrastujące oczy... wszystko. Ma dziwnie wgłębiony magnes, ale nie mam zdjęcia.
Wiecie co? Od dziś koniki morskie oficjalnie są moją manią. 
Mrówka nie ma imienia ani charakteru. Ale zastanawia mnie, jakim cudem jej głowa jest większa od głowy królika.

#1529, #NO, #8, #2148.
Ślimak to Gavin i ma jakieś 16 lat. Widzicie, jak uroczo błyszczą mu się oczy na tym zdjęciu?
Co do dwóch następnych - nic nie wymyśliłam na ich temat, one sobie po prostu są. Żółw chyba dołączy do moich ulubionych figurek, bo mnie jakoś urzekł. W ogóle lubię ten kształt żółwi, mam już trzy. Wybaczcie, że na tym zdjęciu tak słabo go widać. :< 
Świnka morska to Tina, ma jakieś 30 lat i jest nauczycielką biologii. W wolnym czasie lubi udzielać się na różnych forach, zwłaszcza o dzieciach. Ma męża (wariant #45) i dziecko... którego jeszcze nie mam w kolekcji. Chodzi mi o małą świnkę morską #2630, kiedyś ją kupię.

#440.
Taaaak, kolejne marzenie. <3 Ma na imię Gail i ma... nie wiem, ile dokładnie lat, ale nie więcej niż 17.
Urzekła mnie swoją prostotą, ma dosłownie dwa kolory i zwykłe brązowe oczy, bez żadnych udziwnień typu kolorowe kropki czy kolorowe białka.
Kiedyś miałam pomysł na serial, w którym główną bohaterką była ona i zebra #392. Ta pierwsza miała być zwyczajną bohaterką, a druga miała mieć narcystyczną matkę, ojca alkoholika, miała uciec z domu... i takie tam. Czyli nic oryginalnego.
Niestety Gail ma szary magnes, a miałam taką nadzieję na różowy. :<
Z niej też się strasznie cieszę, bo jest rzadka... jak pisałam w poprzedniej notce, widziałam ją kiedyś na Allegro za 70 zł i nie kupiłam. Miałam straszny żal do siebie wtedy, ale teraz uważam, że to nawet lepiej. 

Dwa Teensies z pudełek, łabędź i małpka. Oba ruszają główkami i były do nich dołączone breloczki, którym nie zrobiłam zdjęć.
Nie wymyślam im nic, bo w sumie po co? I tak nie używam ich za bardzo.

Trzy notki w ciągu jakiegoś tygodnia... co się ze mną dzieje? Kiedy zaczęłam mieć chęć do pisania tutaj? ;___;

wtorek, 29 stycznia 2019

#25 Jak nie kolekcjonować figurek LPS

...czyli o błędach, które popełniałam przez 2 pierwsze lata kolekcjonowania, wynikające z niesłuchania ludzi mądrzejszych ode mnie i mojej bezmyślności. Nieważne, jak bardzo ktoś próbował mi wytłumaczyć skutki czegoś, i tak musiałam ostatecznie przekonać się na własnej skórze. :'> Jednak człowiek uczy się na błędach, prawda? Przez ten czas zdążyłam już zmądrzeć... i może dostać paranoi, bo co rzadsze/droższe figurki to ja się czasem boję brać do rąk, żeby przypadkiem nie zniszczyć. No nic, chyba mimo wszystko lepiej tak niż w drugą stronę.

Zakładam, że większość z Was ma dłuższy staż ode mnie i raczej od dawna, a raczej od zawsze, wie, że takich rzeczy się po prostu nie robi, ale i tak postanowiłam o tym napisać. Wpadłam na ten pomysł jakieś trzy miesiące temu i, o dziwo, nadal nie uważam go za zły.

1. Noszenie LPS-ów do szkoły i stawianie ich na ławce.
Baaardzo często, chyba nawet codziennie, robiłam to w czwartej klasie. Wtedy dopiero zaczynałam zbierać, miałam jakieś czternaście figurek i... nosiłam je wszystkie ze sobą, bo jarałam się nimi i nie byłam w stanie minuty bez nich spędzić. Dosyć niezdrowo to brzmi... da się uzależnić od zabawek? Przynosiłam je ze sobą również na początku piątej klasy, kiedy zmieniłam szkołę i... jakoś... potrzebowałam ich towarzystwa? Taa, zamiast integrować się z nową klasą wolałam godzinami rozmawiać w myślach z plastikowymi figurkami. Czasem bawiłam się nimi zamiast notować na lekcjach, ale najczęściej po prostu któryś z nich (zazwyczaj Miles, szary collie) stał na ławce i gapił się w moje bazgroły na powyrywanych z zeszytów kartkach. Byłam i nadal jestem niezdarą, więc zawsze miałam obie dłonie umazane długopisem... ale nie powstrzymywało mnie to od ciągłego przestawiania figurek. Skutek tego był taki, że Miles praktycznie codziennie wracał do domu z granatową plamą na którejś części ciała. Pamiętam, że raz miał taką na dole pyszczka i wyglądało to jak zarost. :< Co ciekawe, żadna z tych plam nie schodziła, gdy próbowałam ją zmyć... ale po kilku dniach i tak sama z siebie znikała. Nadal nie wiem, jak to działało.

Kiedyś, też gdzieś w piątej klasie, na lekcje plastyki lubiłam przynosić kotkę Pixie (to ta, która wystąpiła w sesji w poprzednim poście) i stawiać ją na ławce, bo jakoś lepiej mi się pracowało. Jakiś rok później przestałam stawiać LPS-y obok siebie, gdy pisałam jakieś wypracowanie albo rysowałam, bo czułam, jak one w ciszy, w głębi swoich nieistniejących umysłów mnie osądzają. Byłam naprawdę dziwnym dzieckiem. Właściwie nadal jestem, ale mniejsza z tym.
Mojemu nauczycielowi plastyki bardzo musiało się to nie podobać, bo za każdym razem przy całej klasie się czepiał. Powinnam była odpuścić przy pierwszym razie, ale wtedy postanowiłam przynosić ze sobą Pixie na przekór jemu przez kilka tygodni. Nie przestał się jej czepiać, a skończyło się na tym, że raz przy całej klasie kazał mi wstać i wyjąć ręce z kieszeni, zrobił mi wykład na temat savoir-vivre'u (chwaląc się, że wie, z jakiego języka pochodzi ten termin), a potem ogłosił, że uznaje moje zachowanie za infantylne i oczywiście nie omieszkał pochwalić się znajomością etymologii tego słowa. Nie no, spoko, etymologia jest bardzo ciekawa i zawsze chętnie dowiem się czegoś z tej dziedziny. Ale on tak protekcjonalnie się odnosił w stosunku do mnie, że aż nie mogę. xD

2. Zostawianie figurek na ławce bez nadzoru.
W szóstej klasie mama z jakiejś okazji kupiła mi collie #1542, którą nazwałam Catherine (a później skróciłam to do Cat. To imię niezbyt pasuje do psa, ale chyba właśnie dlatego mi się tak podoba). Wtedy w mojej klasie była jeszcze jedna osoba, która zbiera LPS i przyniosłam Cat do szkoły, żeby się nią jej pochwalić. Po prostu byłam wtedy zakochana w tej figurce, była taka piękna i w idealnym stanie... Na którejś przerwie wyszłam na chwilę z klasy po coś i zostawiłam Cat na ławce. Wracam, widzę ją ze startą farbą na nosie i czego się dowiaduję? Któryś z moich kolegów-śmieszków zrzucił ją, kopnął ją przez całą salę, a potem się tego wypierał. Nie mówię, że dobrze zrobił, ale po części sama byłam sobie winna. :v

Teraz Cat wygląda tak. Jakoś zawsze chciałam odmalować jej nosek farbą akrylową w podobnym kolorze, ale nigdy nie mogę się zebrać do jej kupna...

3. Naprawianie figurki z błędem fabrycznym.
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
SFJDJFSKADS;L;DSA;LD;DSSKLJSF
Ten błąd jest zdecydowanie jednym z największych w tym poście. Właściwie, jak tak teraz o tym myślę, to mogłam je ułożyć w kolejności od najgorszego do... najmniej złego? Jak się stopniuje błędy? Nieważne zresztą.
Wiecie chyba, że kocham wszelkie unikaty, a figurki z błędami fabrycznymi akurat zaliczają się do największych unikatów, jakie istnieją... niestety ja w czwartej klasie nie miałam o tym pojęcia. Miałam myszkę o imieniu Valentine, #2443, kupioną na Allegro. Problem z nią był taki, że połowa jej ciała była dość mocno przechylona, przez co nie mogła stać. I co? Poprosiłam mojego tatę, żeby naprawił Valentine. Przekroił jej ciało na pół, przykleił tę połowę z powrotem jakąś Kropelką czy czymś, zostawiając brzydkie ślady z kleju, których nie dało się usunąć... i jeszcze brzydszy ślad przy połączeniu obu połówek ciała.
Nigdy drugiej takiej myszy nie widziałam ani na Instagramie, ani na sprzedaż... nigdzie po prostu. Była jedyna w swoim rodzaju, a ja ją zniszczyłam. Nadal ją mam i lubię, ale żałuję tej "naprawy"... No nic, mogę chociaż pocieszać się Carmen.

4. Nieprzemyślane wymienianie się.
Kilka ulubionych figurek straciłam przez to na zawsze, między innymi Kate, o której pisałam niedawno. Mogę je wszystkie kupić od nowa, ale to nie to samo. Te figurki będą takie same, ale nie te same... Nie mówię, że nic nie zyskałam z wymian, bo to nieprawda, ale mogłam się hamować. Teraz w ogóle się nie wymieniam, bo nie mam z kim (może to i lepiej) i w ogóle nie przewiduję takiej opcji. Zbyt przywiązałam się do moich figurek ostatnimi czasy.

5. Zwlekanie z kupnem LPS-a i jęczenie, że ktoś inny go kupił.
To niestety akurat nadal mi się zdarza i chyba nigdy się nie nauczę. :') Nie zliczę nawet, ile unikatów i marzeń przez to nie zdobyłam. Owczarek #NO, boston terrier #NO, królik #NO, pers #NO, małpka #412, królik #2462... Ale hej. Koniec z tym pesymizmem (niepodobne to do mnie). Jeśli pojawiły się na sprzedaż kiedyś, to dlaczego nie miałyby się pojawić w przyszłości? Nie więcej niż tydzień temu zdobyłam prześliczną żyrafkę #440, którą kiedyś widziałam na sprzedaż kilka razy drożej i żałowałam, że jej nie kupiłam. Teraz się wręcz cieszę z tego.

6. Zabieranie LPS-ów na plażę.
To nie byłoby takie złe, gdybym nie moczyła ich w morzu, żeby "zobaczyły, jak to jest". Najbardziej ucierpiała na tym Melissa, collie #NO. Ma teraz kompletnie zardzewiałą sprężynkę w głowie. Pomyśleć, że kiedyś wydałam na nią ponad 100 zł, a potem zrobiłam coś takiego. Brawo, Loke. Brawo. Naprawdę.
Już od dłuższego czasu zastanawiałam się nad przeprowadzeniem operacji... nie, nie martwcie się, nie byłaby ona tak nieprzemyślana jak u Valentine. Chodzi mi o wymianę tego mechanizmu, na którym trzyma się jej główka. Wydaje mi się, że w każdej figurce jest on taki sam, więc nawet nie musiałabym kupować drugiego collie. Kiedyś widziałam, jak jakaś kolekcjonerka na Instagramie to zrobiła i udało się, a LPS wyglądał jak nowy. Dałabym Wam linka, ale niestety usunęła ona swoje konto już jakiś czas temu. Wątpię, że kiedykolwiek rzeczywiście przystąpię do takiej operacji, bo chyba za bardzo bałabym się... chociaż nie wiem. Może kiedyś...

Nie spodziewałam się, że skończę tę notkę dzisiaj, ba, że w ogóle ją zacznę. Może jakimś cudem wraca mi wena... :D

niedziela, 27 stycznia 2019

#24 Śnieżna sesja

Z racji tego, że właśnie zaczęły się u mnie ferie, wyszłam dziś na sesję. Gdybym nie miała ferii, prawdopodobnie siedziałabym w tym momencie nad Panem Tadeuszem albo nad recenzją książki Great Expectations, ale tak to mogę sobie pozwolić. :>
Ta, mam dwie lektury na po feriach i żadnej jeszcze nie zaczęłam. I pewnie jakiś projekt jeszcze, jak znam życie. Przeczytałam przed chwilą w dzienniku elektronicznym ogłoszenie o konkursie ortograficznym, który chyba przegapiłam, chociaż uczestniczę w każdej jego edycji od kilku lat. Cholera. Załamię się. Zrobię sobie coś. Pomocy.

Przejdźmy może do zdjęć, bo trochę ich jest. :>

Poznajcie Hedwigę. Nie jestem fanką HP, nigdy nawet nie dotknęłam książki z tej serii, ale po prostu nie mogłam tej sowy nazwać inaczej.
Być może pamiętacie, że pisałam już o niej wcześniej. Ponad rok temu, w sierpniu 2017, zamówiłam na Allegro taką samą sowę. Niestety pomimo moich próśb, gróźb, przekonywań i takich tam moja mama jako formę przesyłki wybrała list zwykły, nierejestrowany... i już wszyscy chyba wiedzą, co się stało. Ogólnie było mi strasznie smutno, myślałam, że już nigdy takiej samej nie znajdę na sprzedaż (widać, jak mało wiary mam we własne marzenia), a tu co? Jeszcze w tym miesiącu wypatrzyłam ją i kilka innych wymarzonych zwierzaków w zestawie z innymi na Allegro po przyjaznej cenie. Niedawno uważałam Hedwigę tylko za niedostępne, odległe marzenie, a teraz mogę ją wziąć do ręki i obejrzeć... Coś czuję, że ten rok będzie dla mojej kolekcji jeszcze lepszy niż poprzedni. Już w styczniu zdobyłam chyba 5 wymarzonych, rzadkich figurek, a mam na oku dwie kolejne. To się pomału wymyka spod mojej kontroli... Ale chyba żadne inne hobby nie przyniesie mi nigdy takiej radości.
Swoją drogą powinnam chyba w końcu pokazać tu moją kolekcję, bo ostatnio robiłam to jakieś dwa lata temu na moim pierwszym blogu. Nie każdy widział tamtego posta, a przez ten czas sporo się zmieniło. 

A właśnie, jak już przy tym jesteśmy... na prośbę miniCreaturesWorld odblokowałam mojego pierwszego bloga. Jeszcze będę tego żałować, jest naprawdę tragiczny... No nic, macie teraz okazję zobaczyć moją blogową ewolucję i pocieszyć się, że Wasze pierwsze kroki w blogosferze wcale nie były straszne w porównaniu z moimi. Jak tak teraz czytam posty na tamtym blogu, to doszłam do wniosku, że do bieżącego roku w ogóle nie powinnam była mieć dostępu do internetu (i w sumie to się też tyczy wcześniejszych postów na tym blogu, które najchętniej wyrzuciłabym w cholerę)...
Jest tam parę stron, typu "Kontakt" czy "Tu mnie znajdziecie", które niekoniecznie chciałabym pokazywać, ale co mi tam. Zostawię je, żebyście zastali mojego pierwszego bloga w prawie takim samym stanie, w jakim go porzuciłam. Jedyna zmiana, jaką chętnie bym wprowadziła, to wyłączenie możliwości komentowania z pokazywaniem już istniejących komentarzy. Ale, z tego co widzę, niestety nie da się tego zrobić na całym blogu od razu i trzeba zmieniać ustawienie osobno w każdym poście. Oto link: loke-i-lps.blogspot.com
I nie, nie odblokowuję tego bloga na stałe, za jakiś czas prawdopodobnie zablokuję go z powrotem.

Któreś ze zdjęć Hedwigi na pewno jeszcze dzisiaj poleci na nagłówek. Kocham tę sowę, po prostu kocham. Nikt mi nie powie, że nie jest przepiękna.
W sumie jej chyba nawet nie chciałam z powodu jej rzadkości, ale z powodu jej wyglądu.


To takie średnie, bo pod światło, ale i tak wstawiam.













Może jednak któreś z tych dam na nagłówek...?








sobota, 19 stycznia 2019

#23 Moi dawni ulubieńcy [1] - Kate

Wrzucam piosenkę, która cały czas za mną chodzi od wczorajszego ranka. <3
https://www.youtube.com/watch?v=kpFVqzBWGcA

Powstaje nowa seria na blogu! mam nadzieję, że nie porzucę jej po pierwszej części, bo to dosyć w moim stylu Jak w tytule - moi dawni ulubieńcy. Figurki, które kiedyś były dla mnie wręcz bezcenne, a teraz na ich miejscu znalazły się inne, nowsze... lub ich już w ogóle nie posiadam i pozostały mi tylko wspomnienia i stare zdjęcia. W tej serii będę używać właśnie głównie (a może tylko) zdjęć z początków mojego blogowania, więc nie przeraźcie się jakością.
Jak już o tym mowa... czy jest tu ktoś, kto pamięta i w ogóle zdążył znaleźć mojego pierwszego bloga, Loke i LPS? Piszę "zdążył znaleźć", bo obecnie blog ten jest ustawiony na prywatny (i raczej nie zamierzam go z powrotem udostępniać). Coś mi się wydaje, że chyba już każdy o tym zapomniał, ale zapytać zawsze warto. Dobra, do rzeczy.

Pierwszą figurką, która dostąpi zaszczytu pojawienia się w serii, jest...
                                                         

Moja cudowna Kate.
Zdobyłam ją w 2014 roku, czyli na samym początku kolekcjonowania. Był to albo późny wrzesień, albo wczesny październik. Wtedy dopiero zaczynałam poznawać świat LPS. Nie miałam pojęcia o popularnych kształtach, generacjach, cenach i rzadkości figurek... wiem tylko, że w tej konkretnej figurce zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Wydawała mi się najpiękniejsza na świecie i właściwie nadal ją uważam za piękną, żadne zdjęcie nie oddaje jej rzeczywistego uroku.
Kate otrzymałam z wymiany z przyjaciółką, nie pamiętam niestety, jaką figurkę za nią dałam. Pamiętam za to okoliczności tej wymiany. Siedziałam wraz z dwiema, trzema czy może nawet czterema innymi dziewczynkami na podłodze szkolnego korytarza i oglądałyśmy nasze figurki. Każda z nas przyniosła wszystkie, jakie miała - w moim przypadku było to około 20, z czego większość kupiona była na Allegro wraz z Największym Domkiem.


Na początku Kate po prostu sobie była. Nie miała imienia, charakteru, niczego. Nie wpadłam w ogóle na taki pomysł. Dopiero w 2015 roku nadałam jej imię i charakter, który był po prostu kopią mojego własnego, w skrócie - cholernie nieśmiała, mało rozmowna, zamknięta w sobie, trochę aspołeczna, z niską samooceną. Jakoś baaaardzo wtedy chciałam mieć w kolekcji LPS-ową wersję siebie, w sumie nawet nie wiem po co.


O ile dobrze pamiętam, Kate miała troje rodzeństwa.
Najstarszy z nich był Cookie (na zdjęciu), który być może też kiedyś pojawi się w tej serii, a najmłodszy był Karmelek (jamnik z serii breloczków). Oprócz tego była jeszcze bassetka Diana, również była breloczkiem, ale ją chyba też kiedyś wymieniłam.


Kate dość często pojawiała się na moim pierwszym blogu, głównie dlatego, że uwielbiałam robić jej zdjęcia. Szybko została moją drugą ulubioną figurką i utrzymywała się na tym miejscu przez dwa lata... do października 2016 roku, kiedy to popełniłam błąd i wymieniłam ją na shorthairkę #228, którą wciąż mam i której nigdy szczególnie nie polubiłam. W sumie kilka razy rozważałam jej sprzedaż, ale to mimo wszystko chyba nie jest dobry pomysł.


Oczywiście Kate była w związku, bo jakże by inaczej. Jej chłopakiem, a później narzeczonym, był Miles. Byli ze sobą przez dwa lata, czyli ich związek zaczął się... prawdopodobnie w tym samym dniu, w którym Kate do mnie trafiła. W każdym razie mieszkali szczęśliwie w Największym Domku i mieli córkę imieniem Arrow, która pewnego dnia się po prostu pojawiła. Żadnej ciąży, żadnego porodu, nic. Podczas którejś zabawy ci dwoje za mocno się przytulali, a po jakimś tygodniu wyszli z domu sami i wrócili z córką.

Pamiętam, że raz bawiłam się całą trójką w szkolnej świetlicy i zostawiłam Arrow w domku, a potem nigdzie nie mogłam jej znaleźć, chociaż przekopałam pudełka, szafki, domki... wszystko. Jednak po kilku dniach ona i tak do mnie wróciła, ponieważ okazało się, że znalazła ją młodsza siostra mojej ówczesnej koleżanki. Niedługo po tym one obie wyprowadziły się do Anglii i właściwie nie mamy już kontaktu. Mniejsza z tym, zaczynam odchodzić od tematu. Nie mam zdjęcia Arrow, bo nie chciało mi się robić, ale jest to szczeniaczek Teensies z drugiej generacji, taki żółty z niebieskimi oczami.


Kilka miesięcy przed wymianą Miles i Kate zerwali ze sobą, bo w końcu Kate była LPS-ową wersją mnie, a mój charakter raczej do związku nie pasuje... a co dopiero do wychowywania dziecka. Wiem, że nadal jestem za młoda, by wiedzieć takie rzeczy, ale wtedy uważałam się za ekspertkę w tych sprawach... I właśnie wtedy Arrow zniknęła. Stwierdziłam, że jeśli już nie są razem, to po co im dziecko?

Teraz zdałam sobie sprawę, że moja obecna ulubiona figurka ma całkiem podobny charakter i oczywiście jest w związku z tym samym chłopakiem. Cholera, ja to chyba podświadomie robię. Walić to, za bardzo ją kocham, żeby teraz budować jej osobowość od nowa. ;^;

Oto reszta przepięknych zdjęć Kate, jakie udało mi się znaleźć...





Na koniec jedna rzecz... to już zupełnie nie na temat, ale w czwartek albo w piątek przyszły do mnie moje nowe figurki! Jest ich 13, z czego kilka to unikaty i moje marzenia... Może kiedyś je tu przedstawię.
Co sądzicie o tej nowej serii?